Wena istnieje!

Wena istnieje! – Czy w pracy reżysera istnieje coś takiego, jak wena? Czy jest to raczej mozolny proces prób i błędów? A może jedno i drugie?

Nie mogę mówić za innych, ale w moim przypadku, niewątpliwie, wena istnieje. Pojawia się ona jednak tylko w dosyć określonych okolicznościach.

 

 

 

Wena istnieje

 

 

 

 

Wena istnieje!

Proces tworzenia spektaklu jest tak naprawdę wielką tajemnicą.

 

Są reżyserzy, którzy przychodzą w zasadzie z gotowym dziełem w głowie i wciskają aktorów w sztancę, która już istnieje w ich wyobraźni.

 

Są też tacy, którzy mozolnie, jak inżynierowie, wymyślają sceny przy biurku i często wygląda to tak, jakby to był wykres tras metra – kto gdzie ma pójść, gdzie wejść, a gdzie wyjść.

 

Istnieją także reżyserzy, którzy nie przywiązują w ogóle wagi do sytuacji, a skupiają się wyłącznie na słowie. Ich teatr jest posągowy, nieruchawy, rapsodyczny.

 

Moja metoda tworzenia przedstawienia teatralnego polega na tym, że zderzam tekst z żywym aktorem i sytuacją wymyślaną bezpośrednio na scenie. Kiedy kończę próby czytane, odkładam w ogóle tekst na bok i do niego nie zaglądam. Wychodzę z założenia, że aktor ma go znać, a ja przyglądam się temu, co wynika z tego zderzenia aktorów z sytuacjami. W ten sposób nie tekst sztuki, lecz kontekst staje się najważniejszy. Literki są już przecież napisane, a mnie najbardziej interesuje to, co pomiędzy literkami – kontekst.

 

Zazwyczaj jest to mozolna praca, polegająca na serii prób i błędów, aż w efekcie trafia się na odpowiednią sytuację, która rodzi nowy kontekst sceniczny. Ale bywają próby, kiedy nagle otwiera się jakaś przedziwna przestrzeń w mojej wyobraźni i sytuacje pojawiają się same, jakby znikąd, bez trudu i natychmiast. Mówię wtedy, że to tak, jakby otworzyła się nagle bezpośrednia linia telefoniczna z Panem Bogiem i sceny powstają, jakby w innym stanie ducha i percepcji, innym stanie świadomości.

 

Takie próby są niezwykle rzadkie, ale istnieją i sam fakt tego, że się pojawiają jest niebywałym natchnieniem do tego, żeby pracować dalej i nie bać się wypływać na nieznane wody.

 

Mam zwyczaj mówić, że o spektaklu w trakcie jego powstawania, nie wiem nic, ale oczywiście równocześnie wiem o nim wszystko. To jest tak, że nie widzę konkretnych rozwiązań, kiedy zaczynam pracę, ale słyszę, jakby wewnętrzny ton – tembr sztuki i to powoduje, że wiem natychmiast, kiedy propozycja jest dobra, czy zła.

 

Poza tym ważne jest też to, żeby nie słuchać tylko tego, co ma się w swojej głowie, ale przede wszystkim być uważnym na to, co mówi do ciebie scena. Bo spektakl zazwyczaj w pewnym momencie zaczyna przemawiać do ciebie własnym językiem i żyć własnym życiem. Ja mu na to pozwalam. Czerpię z tego i wsłuchuję się w to, co sztuka sama do mnie mówi. To powoduje często takie następstwa, że pewne sceny wypadają, zmieniają miejsca, albo nawet się powtarzają, że kwestie zmieniają adresata, albo że wymawiane są przez inną osobę, niż na papierze. Tylko wtedy, moim zdaniem, rodzi się sztuka żywa i korespondująca aktywnie z otaczającą nas rzeczywistością.

 

Ale najważniejsze są momenty tego niesamowitego przepływu energii, kiedy pomysły rodzą się na bieżąco i w sposób tak naturalny, jak oddychanie. Żeby te momenty (niektórzy zwą to weną) się pojawiały, trzeba jednak na nie sobie zasłużyć. Udeptać mozolnie grunt, żeby miały odpowiednią glebę na to, żeby wzrosnąć, albo jak to powiedział Picasso “Wena istnieje, ale musi zastać cię wtedy, kiedy pracujesz.”

 

 

 

 

wena

1. łatwość tworzenia; natchnienie; zapał twórczy;
2. dawniej: szczęście (w grze)

 

https://sjp.pl/wena


#teatr