Teatr menstruacyjno-aborcyjny

Teatr menstruacyjno-aborcyjny – Jarosław Jakubowski bezkompromisowo rozprawia się z hipokryzją teatralną i teatralnym kręceniem lodów.

“Nie interesuje mnie teatr menstruacyjno-aborcyjny… W reformę teatru publicznego nie wierzę tak samo głęboko, jak głęboko wierzę w samą potrzebę teatru.”

 

 

 

Teatr menstruacyjno-aborcyjny

 

 

 

 

Teatr menstruacyjno-aborcyjny

SAMOKRYTYKA NOWOROCZNA

Przemyślałem moją postawę w mijającym roku i stwierdzam, że była niewłaściwa. Za dużo energii poświęcałem próbom zrozumienia rozdźwięku między sobą a światem. Uporczywie katalogowałem tego rozdźwięku dowody, za każdym razem przydając im niemalże apokaliptycznego znaczenia. A to tylko rozjeżdżały się nasze drogi. Świat tego nie zauważył, a ja naiwnie sądziłem, że zauważy, zatrzyma się, zastanowi i może znowu się spotkamy? Nic z tych rzeczy. Świat kieruje się własną, światową logiką i nic sobie nie robi z popiskiwań jakichś tam jednostek. To, co ja wyniośle i świętoszkowato nawet nazywam „szaleństwem”, jest w istocie ciągiem przyczynowo-skutkowym z nader przewidywalnym limesem. Z takiej perspektywy wszelki bunt przeciw światu, świat ów ma prawo szaleństwem określać. Przyznaję ze wstydem, długo tkwiłem w szaleńczym przekonaniu, że mogę cokolwiek zmienić. Do dyspozycji miałem niewiele, jakiś tam zasób słów w języku dość trudnym i hermetycznym, w dodatku zrozumiałym dla coraz mniejszej grupy ludzi, nawet tych posługujących się tym językiem. Mam na myśli język polski.

 

Kiedyś, gdy miałem jeszcze włosy i zapał, sądziłem, że teatr jest świetnym narzędziem dokonania zmiany. Przyznaję, że uległem urokowi teatru, urokowi, który mogę dziś porównać jedynie do słynnej magii świąt. Słynna magia świąt jest jak pasztetowa i służy do dzielenia się nią. Tak samo ja wierzyłem, że dzieląc się słowem poprzez teatr, zasieję w ludziach coś… wspaniałego, pięknego i dobrego… no… coś po prostu, a nie nic.

 

U nas w Ciemnej Dolinie teatr pojawiał się rzadko, a jak się pojawiał, to kukiełkowy, można go było szybko spakować i jechać do innego sioła. Raz pojawił się pan prestidigitator i pani z wężem. Pani tańczyła z tym wężem, a pan prestidigitator pokazywał sztuczki z kapeluszem, kartami i różnymi takimi. Jedna sztuczka chyba mu się nie udała, bo wszyscy zobaczyliśmy, że pan oszukuje. Oglądaliśmy dalej, ale jakiś śmieszek się w nas zalągł i już do końca występu nami trząsł. Za to pani miała obcisłą suknię z cekinami, a wąż był prawdziwy i syczał.

 

Do prawdziwego teatru trzeba było jechać pekaesem. Nigdy nie zapomnę jak w takim teatrze zobaczyłem kobietę, która nie miała na sobie ubrania. Nagą jak ją pan reżyser stworzył. Stała na proscenium, blisko nas i coś mówiła, ale kompletnie nie rozumiałem, co mówi, bo tylko patrzyłem. Koledzy też patrzyli. Szeptaliśmy gorączkowo między sobą, a pani coś mocno przeżywała. To było lepsze niż kino „Brda” w Ciemnej Dolinie, chociaż na przykład w „Wilczycy” Marka Piestraka też nieubranych pań nie brakowało. To chyba wtedy zrozumiałem, że do teatru nie wchodzi się bezkarnie, czyli że wychodząc z niego człowiek jest już naznaczony. I chyba dlatego lubiłem do teatru wracać i nawet miałem swojego ulubionego aktora, Romana Gramzińskiego, ale umarł zanim w pełni rozwinął skrzydła. A może właśnie rozwinąwszy je, umarł?

 

Wtedy niewiele rozumiałem, chyba jeszcze mniej niż dziś, i właśnie dlatego wpadłem na pomysł, że będę pisał sztuki teatralne. Po wielu latach pisania jeden z krytyków nazwał mnie „dramaturgiem w przedsionku”, a pewna znana połówka nie mniej znanego teatralnego duetu „prawicowym dziadersem” i choć nie są to określenia jednoznaczne, to obydwa są prawdziwe i ze sobą związane.

 

Obecnie, po gruntownym przemyśleniu mojej dotychczasowej postawy, dochodzę do wniosku, że kierowało mną błędne założenie, takie mianowicie, żeby się podobać. Już dawno powinienem był zauważyć, że to niemożliwe, ponieważ jako osobnik zarażony nieuleczalnym śmieszkiem podczas nieudanego numeru magika, nie umiem udawać, że interesuje mnie teatr menstruacyjno-aborcyjny, lokalizacja stolika dyrektora oraz czy dyrektorem zostanie dyrektor, były dyrektor, czy protegowany dyrektora. Wszystko to uważam za spektakl na użytek publiczności, króliki nie są wyjmowane z cylindra, tylko z klatki pod stolikiem, a ostatecznie i tak chodzi o to, żeby mieć pełną michę.

 

W reformę teatru publicznego nie wierzę tak samo głęboko, jak głęboko wierzę w samą potrzebę teatru. Byleby tylko był uczciwy, to znaczy umiał dostrzegać swoją śmieszność i hipokryzję. A to już będzie coś. Tego bym Państwu życzył na nowy rok i na kolejne lata.

 

Jarosław Jakubowski

 

https://teatrologia.pl/felietony/jaroslaw-jakubowski-samokrytyka-noworoczna/


#Teatr