Sukces nie jest celem

Sukces nie jest celem – Dla Małgorzaty Kożuchowskiej, sukces nie jest celem w samym sobie. Trzeba przede wszystkim być wiernym sobie samemu.

Ciekawy artykuł, składający się z wypowiedzi Małgorzaty Kożuchowskiej, która świetnie określa sukces, który nigdy nie powinien być celem samym w sobie. Tego rodzaju sukces, jest całkowicie bez wartości i pozostawia człowieka pustym w środku. Moim zdaniem sukces to jest (miły), ale jednak skutek uboczny rzetelnie wykonywanego zawodu.

 

 

 

Sukces nie jest celem

 

 

 

 

Sukces nie jest celem

Małżeństwo to dla Małgorzaty Kożuchowskiej wspólna gra do jednej bramki
Zarówno swymi wyborami życiowymi, jak i zawodowymi potwierdza, że jest ciągle wierna sobie. Rodzice wychowali ją w katolickim duchu – i choć czasem musi z czegoś zrezygnować, nadal kieruje się zasadami Dekalogu.

 

W tym roku będzie obchodzić jubileusz trzydziestolecia swej kariery aktorskiej. Ktoś mógłby pomyśleć, że po takim okresie czasu popadła w rutynę. Nic bardziej mylnego. Jej sposobem na zachowanie świeżości w podejściu do zawodu jest różnorodność przyjmowanych ról. Przykład? Ostatnio widzieliśmy ją w religijnym filmie „Czyściec”, dramacie „Banksterzy” i komedii „Zołza”. A na premierę czekają „Chłopi”, w których zagrała Organiścinę. Szkoda tylko, że nie możemy jej oglądać w serialu „Rodzinka.pl”, który zakończył się dwa lata temu. Bo chyba za rolę Natalii Boskiej widzowie pokochali ją najbardziej.

 

– Odkąd pamiętam, zawsze bardzo się przejmowałam swoimi występami. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść. Podchodziłam do wszystkiego bardzo emocjonalnie. Teraz czuję, że dojrzałość i doświadczenie, które zdobyłam, dają mi wiarę we własne siły i umiejętności. Oczywiście odpowiedzialność jest większa – z biegiem lat rosną wymagania widzów i krytyków, nie ma żadnej taryfy ulgowej. To jest naturalne. Jest jednak też wielka satysfakcja i radość z tego, że mogę to wszystko, czego się nauczyłam, świadomie w swojej pracy wykorzystać – tłumaczy w „Gazecie Krakowskiej”.

 

Poszerzona perspektywa

Dorastała w inteligenckiej rodzinie mieszkającej w peerelowskim bloku z wielkiej płyty w Toruniu. Jej tata był pedagogiem, a mama nauczycielką. Miała dwie młodsze siostry, więc to ona narzucała w co się mają bawić. Ta odpowiedzialność za innych sprawiła, że została najpierw przewodniczącą klasy, a potem nawet prezydentką szkoły. Była wręcz ideałem córki: dobrze się uczyła, starała się pomagać rodzicom i nigdy nie przeszła fazy młodzieńczego buntu. Zadecydowało o tym na pewno jej wychowanie.

 

– Wyrosłam w tradycyjnym domu, w którym ważna była wiara katolicka. Wartości związane z dekalogiem, polska historia i tradycja. Ale rodzice nie zamykali nas w prostych schematach i jeszcze jako dziecko miałam zgodę na liczne wyjazdy z kółkiem teatralnym, występy za granicą. Z jednej strony spotkania „Solidarności” w domu, a z drugiej mój miesięczny pobyt na obozie pionierskim, na Białorusi, na początku lat 80. To poszerzało perspektywę – mówi w „Gazecie Wyborczej”.

 

Ponieważ państwo Kożuchowscy mieli rodzinę w Niemczech, kiedy Małgosia była w liceum, pojechała do niej w odwiedziny. Pojawił się wtedy pomysł, by tam została na stałe. Ona jednak postanowiła wrócić do Torunia, bo trudno było jej sobie wyobrazić życie bez kółka teatralnego. Aktorką postanowiła bowiem zostać już w szóstej klasie podstawówki. Uwiódł ją mit Hollywood z takimi gwiazdami, jak Marilyn Monroe czy Elisabeth Taylor. Dlatego mimo sprzeciwu rodziców, po maturze zdała do Akademii Teatralnej w stolicy.

 

– To był świat, który wydawał mi się światem z bajki, a do którego marzyłam, żeby wejść. Siebie jednak oczyma wyobraźni widziałam raczej na scenie. Myślę, że byłam takim dzieckiem, które dość realnie ocenia rzeczywistość. Nie myślałam, że będę jakąś wielką diwą, bo na półkach był ocet i stałam w kolejkach po banany raz w roku – śmieje się w serwisie Polki.pl.

 

Wierna sobie

Nikt, kto ją znał, nie zdziwił się, że była jedną z najlepszych studentek w akademii. Dlatego już na drugim roku dostała propozycję pierwszej roli. Trzy lata później po zrobieniu dyplomu została aktorką Teatru Dramatycznego. Dzięki temu współpracowała z wybitnymi reżyserami – Wiesławem Komasą i Jerzym Jarockim. Dzięki nim do dziś kocha występy na scenie, choć nie przeszkadza jej to robić karierę również w kinie i telewizji.

 

– Patrząc wstecz, widzę, że miałam dużo szczęścia i do ludzi, i do projektów, które w moim życiu się pojawiały. Często w idealnym momencie. Tym bardziej, że uprawiam bardzo trudny i często niesprawiedliwy zawód. Nie lubię udzielać rad, ale myślę, że nie wolno się za bardzo napinać, koncentrować tylko na jednym. Sukces nie może być celem samym w sobie. I naprawdę warto być wiernym sobie – podkreśla w „Twoim Stylu”.

 

Coś było w niej takiego, że Juliusz Machulski pomyślał, iż świetnie sprawdzi się w komediowej roli w jego filmie „Kiler”. I nie pomylił się. Małgosia rozkochała w sobie wszystkich widzów jako zabawna i urocza Ewa Szańska. Popularność, którą zyskała dzięki temu występowi sprawiła, że otrzymała propozycję udziału w telenoweli „M jak miłość”. W efekcie oglądaliśmy ją jako Hankę Mostowiak aż jedenaście lat. Jeszcze większym sukcesem okazał się dla niej familijny serial „Rodzinka.pl”.

 

– Ostatnio na planie u Patryka Vegi usłyszałam: „Jestem tobą zadziwiony”. „Ale co?!” – zaniepokoiłam się. „Myślałem, że będziesz wymagała nie wiadomo czego, miała pretensje, że w obrazku wyglądasz inaczej, niż sobie zaplanowałaś”. „Nie wierzę” – odpowiedziałam. Często się zdarza, że ludzie myślą: „Teraz przyjdzie i będzie odstawiała gwiazdę”. Nie widzę powodu, żeby odgrywać kogoś, kim nie jestem i nie byłam – deklaruje w „Twoim Stylu”.

 

Wspólny kierunek

Kiedy występowała w teatrze, bileterka powiedziała jej pewnego dnia, że ma wielbiciela, który wykupił bilety na dwadzieścia spektakli do przodu z jej udziałem. Potem pojawiły się bukiety kwiatów w garderobie i liścik z prośbą o spotkanie. Tak aktorka poznała dziennikarza Bartka Wróblewskiego, który wypatrzył ją kilka tygodni wcześniej na pogrzebie Jana Pawła II w Watykanie. Dwa lata później para zaręczyła się na tym samym placu świętego Piotra, a potem w 2008 roku wzięła ślub w warszawskim kościele Świętego Krzyża.

 

– Najważniejsze w małżeństwie jest to, by grać do jednej bramki. Mieć wspólny kierunek, wspólne marzenia i realizować je. Nie koncentrować się tylko na sobie. Z miłością jest tak jak z innymi ważnymi sprawami w życiu. Trzeba ją pielęgnować – twierdzi w „Twoim Stylu”.

 

Kiedy małżonkowie zdecydowali się na dziecko, okazało się, że nie będzie to proste. Zaczęli więc leczenie. Zegar biologiczny Małgosi tykał nieustępliwie. Aktorka i jej mąż nie zdecydowali się jednak na metodę in vitro, tylko wybrali popieraną przez Kościół naprotechnologię. I udało się: Małgosia urodziła w 2014 roku synka Jasia. Dziś cała trójka jest szczęśliwą rodziną, która konsekwentnie chroni swą prywatność przed mediami.

 

– Wiem już w jakim trybie nie chcę pracować. A pracowałam w nim przez wiele lat – i nie przeszkadzało mi to. Byłam jednak wtedy odpowiedzialna tylko sama za siebie. W tej chwili mam rodzinę, więc chcę, żeby moje dziecko miało w domu mamę. Dbającą i kochającą. A nie mamę, która wpada do domu raz na jakiś czas, bo wiecznie jest w pracy – deklaruje w „Dzienniku Polskim”.

 

Paweł Gzyl

 

https://e-teatr.pl/malzenstwo-to-dla-malgorzaty-kozuchowskiej-wspolna-gra-do-jednej-bramki-39781


#MałgorzataKożuchowska #Film #Teatr #Kino #TV #Serial #Telewizja #Kultura