Rychcika popsucie Edypa

Rychcika popsucie Edypa – Jak to tani koniunkturalizm Radosława Rychcika psuje spójność przekazu, a w efekcie całe przedstawienie w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu.

Spektakle Radosława Rychcika są zazwyczaj dość tanie i żenująco proste, żeby nie powiedzieć prostackie w swojej interpretacji.

 

Nie inaczej jest teraz w Sosnowcu.

 

Ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia, że Rychcik robi następne nieudane przedstawienie, albowiem, jako pupilek mafii teatralnej, jak zwykle jego marny spektakl mafia ogłosi, jako majstersztyk i taki przekaz pójdzie w świat.

 

Niestety

 

 

 

Rychcika popsucie Edypa

 

 

 

 

Rychcika popsucie Edypa

Potrzeba przemiany

„Król Edyp” Sofoklesa w reż. Radosława Rychcika w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pisze Wojciech Lipowski w „Śląsku”.

 

7 maja odbyła się nowa premiera Teatru Zagłębia, a mianowicie „Król Edyp” wyreżyserowany przez Radosława Rychcika. Spektakl otwiera bardzo rozbudowana scena, w której niespokojni ludzie biegają nerwowo z jednej strony sceny na drugą na tle zdjęcia półek supermarketu. Czym tłumaczyć ich stres, panikę, brak pewności? Czyżby mieszkańcy Teb, podczas ataku zarazy, chcieli zabezpieczyć podstawowe potrzeby? A jeśli tak, trzeba przyznać, że jest to zbyt oczywiste odwołanie do niedawnych doświadczeń z naszych prywatnych historii.

 

Zdania wypowiedziane na scenie, składające się w opowieść przeznaczoną do lektury, w większości przypadków zdają się oczywiste, zrozumiałe, jednak czasem okazuje się, że najprostsze, powszechnie znane fabuły w jednej chwili stają się niejasne, zagmatwane, trudne do przyswojenia i choć staramy się je pojąć okazuje się to niemożliwe. Pozostaje niepokój i powracające pytanie, czy coś można z tym zrobić, usunąć niepewność i sprawić, aby nasza wyobraźnia przestała zawodzić.

 

Kłopoty twórców każdej adaptacji, a już na pewno opartej na wielkich dziełach, funkcjonujących w powszechnym odbiorze, dotyczą satysfakcjonującego pokazania problemu w nich zawartego, obrania takiej drogi, aby skierować odbiorcę w stronę definitywnych rozstrzygnięć, unikając jednocześnie erozji znaczeń, zmierzając ku szeroko pojętemu zrozumieniu nieprzewidywalnej, przerastającej wszystko rzeczywistości. Z czymś podobnym mamy do czynienia w przypadku nowej premiery Teatru Zagłębia, a mianowicie „Króla Edypa” wyreżyserowanego przez Radosława Rychcika.

 

Spektakl otwiera bardzo rozbudowana scena, w której niespokojni ludzie biegają nerwowo z jednej strony sceny na drugą na de zdjęcia półek supermarketu. Czym tłumaczyć ich stres, panikę, brak pewności? Czyżby mieszkańcy Teb, podczas ataku zarazy, chcieli zabezpieczyć podstawowe potrzeby? A jeśli tak, trzeba przyznać, że jest to zbyt oczywiste odwołanie do niedawnych doświadczeń z naszych prywatnych historii. A może chodziło o wywołanie irytacji widzów, którzy długo musieli patrzeć na uporczywie fizyczny, dłużący się obraz. Ten prolog jest przywołany w tym miejscu, bowiem stanowi byt osobny, dla którego próżno będzie szukać kontynuacji w dalszej części teatralnej adaptacji Edypa. Właściwą akcję sztuki Sofoklesa umieścił reżyser w korporacyjnej, odhumanizowanej, do bólu realistycznej przestrzeni biura, którą zaprojektował Łukasz Błażejewski. Od tej pory rozpocznie się rozpisana na głosy, dialogiczna narracja z główną dominantą problemową dotyczącą destrukcji środowiska naturalnego. Zaraza, która trawi Teby, to pochodna wszelkich działań związanych z jego degradacją. Świadczy o tym choćby scena posiłku, który przy dużym stole spożywa mężczyzna. Jest oczywiście mięso, którego produkcja nie pozostaje bez wpływu na otoczenie. Pulsująca, pełna niepokoju muzyka Michała Lisa towarzyszy dynamicznym obrazom, które znamy z mediów, składającym się na współczesny katalog katastrof ekologicznych: pożary, powodzie, skażenie rzek, zmiany klimatu.

 

Wśród tego on, Edyp w bardzo oszczędnej, niemal ascetycznej interpretacji Michała Bałagi. Aż prosiłoby się o więcej ekspresji. Edyp to w tym wypadku przede wszystkim strateg, który rozpisuje zło trawiące społeczeństwo Teb na rachunek innych, podległych mu ludzi. Rychcik w tym aspekcie chociaż nie odkrywa niczego nowego, ciekawie pokazuje mechanizm sprawowania władzy, rozmywania odpowiedzialności.

 

Odpowiedzą inni, nieświadomi tego podwładni: Kapłan (Paweł Charyton poprowadził tę postać w sposób mało wyrazisty jakby nie miał pomysłu na rolę) miotający się pośród napływających doniesień z frontu walki, bezradny choć próbujący zachować powagę wobec sytuacji; ciekawy Chór i Koryfeusz (w wykonaniu Beaty Deutschman, tulącej ebonitową lalkę), momentami zabawny, innym razem tragiczny wobec okrutnych wyroków losu; czy oficjalny, urzędniczy, bardzo przerysowany w emocjach Kreon (Tomasz Kocuj, któremu najlepiej wypadły żywiołowe konfrontacje ze swym zwierzchnikiem); wreszcie Jokasta (bardzo udanie wygrana przez Marię Bieńkowską znakomicie żonglującą nastrojem, mimiką); no i czytelni, najbardziej odpowiedzialni za dokonującą się katastrofę dwaj pasterze, Posłaniec i niegdysiejszy pomocnik Lajosa oraz Jokasty, ubrani w górnicze stroje (naturalistyczni Grzegorz Kwas i Wojciech Leśniak) oni wypowiedzą prawdę i opiszą tragedię.

 

Dyskusyjnym zabiegiem stało się wykorzystanie na prawach cytatu w spektaklu bardzo długiego filmu z wystąpieniem Grety Thunberg dotyczącym zmian klimatycznych dokonujących się na ziemi. A przecież niedługo po tym Mirosława Żak, dokładnie przypominająca młodą aktywistkę, już jako Tejrezjasz zbuduje bardzo ciekawą przestrzeń spotkania z Edypem. W tej scenie, kluczowej dla interpretacji Rychcika, dokonuje się właściwe nazwanie mitu o Edypie. Opiera się ono na pojemnej w znaczenia metaforze. Jest zatem miejsce w sensie fizycznym, egzystencjalnym, ale też mentalnym. Jest historia gotowa do opowiedzenia o dużym ładunku potencjalności wystarczy tylko wypowiedzieć z perspektywy współczesnej wszelkie obawy, jakie towarzyszą konfrontacji tego, co znane, zanurzone w empirii z tym, czego sprawdzić nie sposób. Mamy w końcu postać tragiczną, fatalizm podbity lękiem i strachem, stanowiącym naturalną warstwę obronną, ale też punkt wyjścia do przemiany, odnowy, metanoi, nawrócenia, co przyniesie zwrot, nowe siły. Edyp, ale nie tylko on, w końcu przejrzy na oczy, zrozumie, że transformacja duchowa i wiedza da spodziewany ratunek tebańczykom. Za późno.

 

Szkoda, że tak duży potencjał, jaki daje tekst Sofoklesa nie został wykorzystany przez twórców. Poprzez wielowątkowość przekazu, brak spójności w prowadzeniu narracji, dość swobodne tasowanie znanej na pamięć historii Edypa, na którym ciąży wina związana z zabójstwem ojca i kazirodczym związkiem z matką; trudno skoncentrować lekturę na doświadczeniach człowieka zmagającego się z ekologiczną katastrofą świata, a może destrukcją odpowiedzialnego myślenia o tych wszystkich problemach, jakie dzierżą w swych rękach politycy?

 

Jakim bohaterem jest zatem Edyp w zreinterpretowanym na potrzeby sosnowieckiej adaptacji micie, ustawiony w kontekście przemian środowiskowych? Wydaje się, że najwłaściwszym dlań określeniem byłaby nieobecność. Taka intencja przyświeca postaci usiłującej uniknąć swojego przeznaczenia. Ewazja, ucieczka przed fatum nie uda się, bo nie może udać się projekt oparty na myśleniu destrukcyjnym. W tym sensie jego los staje się dla innych opowieścią o własnej bezradności, bezradności wobec przeznaczenia, osobistej biografii, niepojętej przyszłości. Bardzo udanie w muzycznym monologu, co stało się interesującym pomysłem, Wróżbitka (Mirosława Żak), kreśli okoliczności, w jakich Edypowi przyszło sprawować władzę. W skierowanych do niego, sugestywnie wyrażonych frazach uświadamia mu – niczym przywołana w spektaklu Greta Thunberg obojętnym politykom słuchającym jej przemówienia – problem winy za zbrodnię, odpowiedzialności za zło niszczące Teby, choć adresat zarzutów pozostanie wobec nich niewzruszony. A może starożytny mit i wszelkie uśpione w nim tropy, symbole, możliwości wpisane w tekst, nie do końca stanowią nośną w możliwości płaszczyznę do tak nieoczekiwanych zabiegów reinterpretacyjnych, jakie wykorzystano przygotowując teatralne odczytanie Edypa.

 

Bez wątpienia widzowie zabiorą ze sobą wspomnienie muzycznych, rockowych fraz wspomnianego już Michała Lisa. W poetyce spektakli Radosława Rychcika oprawa muzyczna nie jest tłem, zaznacza swą obecność na prawach osobnego bohatera spektaklu. W tym wypadku, gdy mamy do czynienia z tekstem antycznym w znakomitym, ciągle żywym tłumaczeniu Antoniego Libery, trudno wyobrazić sobie, aby funkcjonował on bez muzycznego komentarza. Wszak chór to nieodłączny element starożytnych tragedii, w tym wypadku dźwięk zastępuje komentarz, buduje nastrój scen, wypowiedzi, podkreśla charakter przestrzeni dialogicznej, jest pulsującym tętnem całości.

 

Co pozostanie wszystkim, którzy zechcą przyjąć role uważnych czytelników tekstu Sofoklesa, jaki zaproponowali w najnowszej adaptacji autorzy? Akceptacja lub odrzucenie pomysłu, aby odczytać go w kontekście katastrofy ekologicznej? Ponowne pochylenie się nad doświadczeniami tragicznego bohatera dramatu skazanego na porażkę za potyczki z fatum? Wymóg zwrotu myślenia, zrozumienia siebie, wewnętrznej transformacji? Na tak postawione pytania trudno znaleźć dobrą, jednoznaczną odpowiedź. W tym mechanizmie nadawania nowych znaczeń zapoznanym motywom, historiom z zamierzchłej przeszłości może jednak chodzić o to, aby pokazać, że ciągle jest możliwe przemyślne, intrygujące obcowanie z antycznym tekstem, dekonstruowanie i składanie na nowo jego znaczeń ustanawiając przy tym własny porządek lektury, który wprawi w ruch nowy ciąg znaczeń, a nam pozwoli lepiej zrozumieć, dokąd w istocie wszyscy zmierzamy.

 

Wojciech Lipowski

 

https://e-teatr.pl/potrzeba-przemiany-27662


#Rychcik #TeatrZagłębia