Performans zamiast spektaklu

Performans zamiast spektaklu – Znakomita recenzja, obnażająca nieudolność tych, co zamiast przedstawień teatralnych robią performanse.

Jak wszystkim wiadomo, teatr jest już przeżytkiem. Ponieważ awangardowe, wielce oświecone i nowoczesne siły teatralne w Polsce zupełnie nie potrafią robić teatru właśnie, polityka i performans zastąpiły spektakl teatralny.

 

A co z tym wszystkim mają wspólnego śliwki od górali, dowiecie się w tekście poniżej.

 

 

 

Performans zamiast spektaklu

 

 

 

 

Performans zamiast spektaklu

Najadłem się śliwek od górali

Strefa szeptów, reż. Joanna Grabowiecka, Instytut im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu

 

Bohaterka performansu i reżyserka ogłosiła w programie do performansu/instalacji Strefa szeptów, że powzięła ryzykowną decyzję o zmierzeniu się osobiście z „materią sceniczną”. Podjąłem wyzwanie i zmierzyłem się osobiście z „materią widza”. Oto moje świadectwo.

 

Jesień to piękna pora roku także dlatego, że górale wędzą śliwki. Dwie takie śliwki zjadłem przed wyjściem z domu. Do Centrum Sztuk Performatywnych o nazwie „Piekarnia” pojechałem tramwajem. Jeżdżenie miejską komunikacją po Wrocławiu to teraz wielka przygoda. Nigdy nie wiadomo, dokąd tramwaj pojedzie. Można dobrze poznać miasto. Miałem szczęście. Po intrygujących zygzakach i zaskakujących zakrętach tramwaj nr 7 zatrzymał się nagle na skrzyżowaniu z ulicą Księcia Witolda, na przystanku widmie. W pięć minut dotarłem do „Piekarni”.

 

Teraz, kiedy to piszę, nie mam wątpliwości: to „bogini o wielu twarzach” przeprowadziła mnie tak sprawnie przez miasto, wędrowałem wszak na „ceremonię przejścia w przestrzeni sztuki”, jak zapowiadany był performans/instalacja Strefa szeptów. W finale performerki szeptały do pań i chyba też panów na widowni: „jesteś boginią z tysiącem twarzy”. Do mnie tego zaklęcia nie wyszeptały, ale obecność bytów subtelnych była bardzo wyczuwalna. Nigdy wcześniej żaden tramwaj z Krzyków nie trafił do „Piekarni”.

 

Olbrzymia przestrzeń Centrum Sztuk Performatywnych stała się tego wieczoru miejscem sakralnym. Szczególnie święta była biała podłoga. Obsługa „Piekarni” ofiarnie broniła tej podłogi przed pokalaniem brudnymi buciorami widzów. Trzeba się było przeciskać pomiędzy ławkami. To zresztą skuteczny zabieg strategiczny. Po zajęciu ław przez widzów, wszelkie drogi ucieczki zostały odcięte. Nikt nie mógł z ceremonii prysnąć.

 

Każda z czterech performerek kontrolowała jeden z boków prostokątnej sceny. Iwona Sikora niczym pogańska szamanka wydobywała mistyczne dźwięki najpierw z gardła, a potem z tybetańskich mis i olbrzymiego gongu. W białej sukni symbolizowała Odrodzenie, o czym poinformowała nas po spektaklu reżyserka, bo sam bym tego nie wymyślił.

 

Joanna Grabowiecka, autorka i reżyserka projektu, a także główna kapłanka rytuału przejścia, taplała się w kopcu z ziemi naprzeciw kapłanki Odrodzenia. Katarzyna Auli Barszczewska, też cała na biało, pełniła w obrzędzie rolę kapłanki Życia, a Anja Franczak w czarnej sukni performowała Śmierć. Wszystkie panie występowały boso. Przez cały spektakl na obrzeżach widowni dyskretnie przemykał fotograf i przyjmował intrygujące pozy.

 

Po nieco długim poetyckim wstępie wygłaszanym bardzo powoli przez Aulę Barszczewską do akompaniamentu nastrojowych wokaliz Iwony Sikory główna kapłanka, czyli Joanna Grabowiecka zainicjowała właściwy rytuał przejścia.

 

Odziana w kusą sukienkę bardzo powoli zaczęła opowiadać anegdoty z dzieciństwa i wczesnej kariery reżyserskiej. Mówiła tak wolno i bez energii, że zapamiętałem tylko jedną opowieść. Dyrektor teatru natyka się przypadkiem w Akademii Teatralnej na Grabowiecką. Młoda reżyserka ma dziecko na rękach. Dyrektor na ten widok wydziela z siebie ohydny komentarz, że dla artystek powinno istnieć specjalne prawo do aborcji.

 

Ten wstrząsający epizod nie zniechęcił jednak Joanny Grabowieckiej do macierzyństwa i kariery artystycznej. Ma dziś dwójkę dzieci. Realizuje nie tylko spektakle teatralne czy słuchowiska, ale też prowadzi warsztaty dla kobiet i interdyscyplinarny projekt „Sztuka Dzikości”. Znalazła nawet własne miejsce mocy, co ogłosiła w programie do Strefy szeptów. Nie, to nie jest niestety wrocławska „Piekarnia”. To… Sahara.

 

Po godzinie opowieści i tańców Grabowiecka przemyła wodą ciało, nie zdejmując sukienki. Koleżanki pomogły jej potem zrzucić przemoczoną kieckę. Na gołe ciało reżyserki nałożyły zielony kostium. Rytuał przejścia wreszcie się dokonał. Wciąż się zastanawiam, skąd przyszła tego wieczoru Joanna Grabowiecka, co właściwie przeszła w tym obrzędzie przejścia i dokąd teraz idzie, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Musiałem czegoś nie zrozumieć.

 

Na koniec wszystkie cztery performerki podeszły bardzo blisko do wybranych osób na widowni, żeby je poinformować szeptem i z uśmiechem, że niektórzy widzowie są wieloma boginiami. Po kwadransie magicznych szeptów panie oddaliły się w stronę ściany, na której wyświetlany był polski las. Sylwetki czterech performerek ukazały się też na filmie. Szły pomiędzy drzewami bardzo wolno, aż wreszcie zniknęły. Las był piękny i był polski, bez uchodźców.

 

W realu kobiety nie powróciły jednak do źródeł, nie przeszły do innego świata. Film się skończył, a one wciąż stały pod ścianą. Podczas oklasków performerki wkroczyły na środek świętej sceny, żeby się ukłonić i odebrać kwiaty. Wtedy też reżyserka poinformowała nas, kto był kim w obrzędzie.

 

Przeżyłem ten rytuał bardzo dramatycznie. Artystki wypowiadały słowa rzadko i bardzo spokojnie, muzyka tybetańskich mis delikatnie wibrowała w tle, w pejzażu dźwiękowym dominowały chwile zupełnej ciszy. I wtedy z moich wnętrzności wydobywały się dramatyczne odgłosy. To mój mikrobiom procesował suszone śliwki od górali. Nie mogłem wyjść, bo drogi ewakuacyjne były odcięte przez publiczność i świętą podłogę. Połykanie śliny nie robiło żadnego wrażenia na moich drobnoustrojach. Koleżanka siedząca obok pytała z troską, czy jestem bardzo głodny…

 

Performans/instalacja Strefa szeptów wreszcie się skończył. Niewiele zrozumiałem z działań performerek, ale poczułem wielką ulgę po wyjściu z „Piekarni”. Czyli ostatecznie doświadczyłem transformacji. Może o to chodziło. Długo jednak nie mogłem znaleźć tramwaju nr 7. Dopadłem go dopiero pod Kinem Nowe Horyzonty. Wciąż się zastanawiam, jak to interpretować. Obawiam się też, że „bogini z tysiącem twarzy” opuściła mnie na dobre.

 

MIROSŁAW KOCUR

Reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”.

 

https://teatralny.pl/recenzje/najadlem-sie-sliwek-od-gorali,3410.html?fbclid=IwAR2VTlXXBjvgkRK-ldSk0erRN-NGd1KcYpiYitXHNI9LCDh3NrwM1D1plF4


#Teatr