Nekrofilia w Teatrze Wybrzeże

Nekrofilia w Teatrze Wybrzeże – Dyrektor Teatru Wybrzeże, Adam Orzechowski, całkowicie masakruje “Wiele hałasu o nic” Williama Szekspira.

Józef Jasielski bardzo celnie recenzuje spektakl podlizującego się mafii teatralnej, Orzechowskiego i trafnie określa stosunek współczesnych antytalentów reżyserskich w stylu Orzechowskiego, których cechuje nekrofilia w stosunkach z klasykami dramaturgii i literatury.

 

 

 

Nekrofilia w Teatrze Wybrzeże

 

 

 

 

Nekrofilia w Teatrze Wybrzeże

MAŁO HAŁASU O NIC…

Polski teatr od ładnych paru lat układa swoje stosunki z klasykami na zasadzie swoistej nekrofilii. Wyobracać takiego nobliwego nieboszczyka, przydusić, wymiętolić obscenicznym gestem i na koniec przydać nadętej głupoty, żeby nie był mądrzejszy od nas…

 

I dalibóg, cenię bogactwo wyobraźni, prawo do twórczych poszukiwań, akcentowanie własnej osobowości / jeśli się takową posiada /… I tak ciężko wywalczoną “wolność artysty”. Tylko wolność – od czego ?

 

Gorzej, że coraz częściej w teatrze chce mi się wyć i uciekam zniesmaczony, bo nie ma tam myśli, którą bym chciał zatrzymać, nie ma obrazu, który chciałbym ożywić, nie ma emocji, która by mnie wsparła na resztę dnia… Jest za to świat upodlony, zredukowany do prymitywu w każdym swoim przejawie. Być może taki on i jest na zewnątrz, ale czy jego plugastwa muszą dopadać mnie wszędzie, gdzie się ruszę ?

 

W walentynkowy wieczór wybrałem się z Ewą do Teatru “Wybrzeże” w Gdańsku na komedię Williama Szekspira “Wiele hałasu o nic”. Pomimo poważnego ostrzeżenia, jakim był prasowy wywiad reżysera-dyrektora teatru, Adama Orzechowskiego, który obiecał, że pokaże mi “świat, gdzie intryga i manipulacja są metodą dominującą…” Ta deklaracja powinna zapalić czerwone światło, jako że chcieliśmy spędzić miły i kulturalny wieczór…

 

I masz! Reżyser pociął niemiłosiernie na posdramatyczną modłę tekst, pozbawiając go żywiołu akcji, i co gorsza, usuwając sceny i fragmenty komediowe; przerobił dzieło Szekspira na brutalistyczny tekścik w stylu jakiegoś Ravenhila czy biedaczki Kane…

 

Dokonał “adaptacji”, naginając, aż trzeszczy, tekst wielkiego klasyka do wyssanej tezy. W końcu można wszystko przerobić na wszystko.

 

Zachodzi odważne dziś pytanie: po co?

 

Domniemywam, że reżyser Orzechowski chce być w “awangardzie” i pokazać, że tak bardzo nie odstaje od nagłośnianych mutantów sceny nowoczesnej. Może nawet na przekór sobie.

 

To, że usunął wesołe kawałki, a zostawił same smutne i sprośne… Jak się uparł, miał prawo. Gorzej, że usunął także wymyślone przez autora kapitalne komiczne postaci – Dogberrego i jego wesołej kompanii strażników. A ich rola jest kluczowa dla finałowego happy endu. To tak, jakby kulawemu zabrać laskę.

 

Jeszcze gorzej, że reżyser wprowadził samowolnie księdza-konferansjera / pląsający dyskotekowo Jarosław Tyrański / , który, z entuzjazmem wartym lepszej sprawy, wykrzykuje do mikrofonu jakieś instrukcje dla nieobecnych książęcych strażników w asyście dwu kobitek, emanujących mocno zleżałym seksem.

 

“Wiele hałasu o nic” stoi na fundamencie komizmu słownego, na wywracaniu słów na drugą stronę, na umiejętności prowadzenia dowcipnego dialogu. I tutaj kluczowym elementem staje się para kochanków: Beatrice i Benedyk. Ich błyskotliwe dialogi, słowna szermierka, to komediowy “traktat przeciwko małżeństwu”, ale ta “wojna płci” kończy się jednak pokojem i ślubem.

 

Orzechowski zredukował ich relacje do inwektyw i obscenicznych gestów / vide: Beatrice rozkładająca nogi, aby zachęcić partnera skrawkiem czarnych majtek prześwitujących przez rajstopy… brr!

 

Tyle, co do treści. Jest jeszcze forma. Ma się rozumieć – nowoczesna. Na pustej scenie duży podest w parkietowy wzorek i zadarty do góry na linii horyzontu. W tym podeście jeszcze jeden podest do wyświetlania animacji. Z góry zwisają gęsto mikrofony i służą do deformacji głosu ryczącego aktora / biseksualny Marek Tynda /.

 

Magdalena Gajewska wymyśliła coś, co można wystawić w “Zachęcie’, bo to totalna abstrakcja i bez żadnego pożytku dla aktorów. Gdy wchodzą na to gromadą aktorzy ubrani w ciuchy z lumpeksu, kryzys rzuca się w oczy i obezwładnia z czasem.

 

Wykonawcy za pomysłem reżysera ustawiają się w grupki, tyraliery i romby. Wyraźnie nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego, bo najczęściej gapią się na widzów / to jedna z oznak nowoczesności ! / i coś beznamiętnie cedzą. Jak to wycedzą, to odwracają się zadkiem do publiczności i jakoś tak kołyszą się czy gibają…W choreografii Zbigniewa Szymczyka często-gęsto szpikowanej głaskaniem się po torsach, ocieraniem pośladków o przyrodzenie partnera, a nawet rytmicznym “robieniem loda” chłopu przez chłopa – nie ma choreografii.

 

Uff ! Może należało w ramach tych walentynek wybrać się na pizzę ?

 

Józef Jasielski

 

https://www.facebook.com/jjasielski/posts/pfbid0CWTaSkvSqUTai7tq3QDCAX69D2L89FhkDrT7gCWi6FyUhjV6D4JQ1fKxZfxmUJdxl

 

 

 

 

Nekrofilia

Nekrofilia (ang. necrophilia z gr. νεκρός, nekrós – „martwy”, φιλία, filía – „miłość”; inne nazwy: tanatofilia, nekrolagnia) – zaburzenie preferencji seksualnych; stan, w którym bodźcem stymulującym seksualnie mogą być jedynie ludzkie zwłoki. Skłonność ta może być jednak wygeneralizowana do wszystkich obiektów, które danej jednostce kojarzą się ze śmiercią bądź zwłokami (np. śpiące osoby).

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/


#AdamOrzechowski