Nagość w teatrze

Nagość w teatrze – Nagość w teatrze jest dziś środkiem wyrazu zużytym jak stare kapcie. Nikogo nie oburza, nikogo nie gorszy, nikogo nie inspiruje i nikogo nie obchodzi.

W Polce, Mafia Teatralna, zwana także Spółdzielnią, która obecnie ma monopol decydowania o tym, co w teatrze jest “dobre”, przoduje w epatowaniu tymi nagimi fiutkami, o których pisze Andrzej Rozmus. Być może bierze się to z tego, że większość tfurców rodem ze Spółdzielni preferuje ten “specyficzny” gust estetyczny, jak dowcipnie nazywa Andrzej preferencje estetyczne sławetnego homolobby? Prawda jest jednak taka, że nagość w teatrze przestała szokować gdzieś w latach 60 zeszłego wieku, a Mafia Teatralna, której wydaje się, że jest awangardowa i nowoczesna, wywarza już dawno otwarte drzwi i jest wtórna w tym, co robi, jak największy epigon.

 

 

 

Nagość w teatrze

 

 

 

 

Nagość w teatrze

Nagość w teatrze jest dziś środkiem wyrazu zużytym jak stare kapcie. Nikogo nie oburza, nikogo nie gorszy, nikogo nie inspiruje i nikogo nie obchodzi. (To ostatnie akurat stanowi część wspólną nagości i teatru). I piszę to, pomny, żem sam gołym tyłkiem świecił.

 

Od 10 lat ten głupi trend , płytki jak pokrywka od słoika, się utrzymuje, i przechodzi metamorfozę z tak subtelnego dania jak kasza gryczana w produkt uboczny przemiany materii.

 

Jeszcze 15 lat temu reżyser starał się przynajmniej (nie zawsze skutecznie) użycie tego środka uzasadnić. Obecnie stała się “nagość w teatrze” celem samym w sobie. Głównie za sprawą “specyficznego” gustu estetycznego, tfu-rcy, ale także sposobem osiągnięcia dominacji w relacji aktor – reżyser. Tylko że…

 

Czy sam fakt “nagości” jest gorszący? Czy kogoś gorszy rzeźba antyczna, ewidentnie naga? Czy oglądając Dawida (gołego jak święty turecki) ktokolwiek jego nagość dostrzega?

 

Nie?

 

No to może problem nie w nagości, tylko w kontekście i sposobie jej przekazywania? Czy zatem, celem dzisiejszych “Michałów Aniołów z Koziej Wólki” jest Dawid ostentacyjnie merdający swoim przyrodzeniem tuż przy twarzy odbiorcy? Może problem jest w tym, “PO CO?” dokonywany jest tego typu “zabieg”? Jeśli tak… To mamy do czynienia z problemem natury intelektualnej, a nie z problemem anatomicznym (że nagość istnieje).

 

Ale skąd to się wzięło? Ano stąd, że ktoś kiedyś zaproponował, a jakiś inny ktoś, czy ktosie, napisały, czy też powiedziały, że jest to “ciekawa propozycja”. (Oczywiście “ktosie ” mówiły to w jakimś konkretnym kontekście, w jakimś konkretnym odniesieniu, do jakiejś konkretnej sztuki), ale o tym już nikt nie pamięta, tego już nikt nie rozumie. Zostało tylko, że nagość, sama w sobie, jest środkiem, który “pogłębia”… Więc naśladowcy ktosia postanowili pogłębiać dalej.

 

I pogłębiali… aż zniknęło słońce. I już nie wiadomo, czy sztuka jest już wystarczająco głęboko w grobie, czy może głęboko w … (tej tylnej części nagości). Ciężko poznać, bo kolor i zapach ten sam.

 

Andrzej Rozmus


#nagość