Kamienica w opałach maj13

Tags

Related Posts

Share This

Kamienica w opałach

Kamienica w opałach – Przyszłość stworzonego przez Emiliana Kamińskiego Teatru Kamienica jest bardzo zagrożona.

Czy Teatr Kamienica przetrwa po śmierci Emiliana Kamińskiego?

 

 

 

Kamienica w opałach

 

 

 

 

Kamienica w opałach

15-lecie Teatru Kamienica to czas wspominania jego charyzmatycznego twórcy Emiliana Kamińskiego. To scena inna niż pozostałe teatry w stolicy, najbardziej ze wszystkich „warszawska”. Wielu artystów i widzów czuje się tu jak w domu. Teraz ciężar jej prowadzenia przejęła wdowa, Justyna Sieńczyłło – pisze Piotr  Zaremba w „Rzeczpospolitej”.

 

Kamienica przy Alei Solidarności 93 w Warszawie, jedna z niewielu w tej okolicy, która przetrwała II wojnę światową. Bramę odgradza od jezdni czerwony tramwaj – nieczynny, ale nie atrapa. Na tramwaju naklejone zdjęcia aktorów. To właśnie wejście do Teatru Kamienica, jednej z kilku znaczących prywatnych scen w stolicy.

 

Byłem 27 marca na obchodach 15-lecia teatru Kamienica. Poświęcono je pamięci charyzmatycznego twórcy, właściciela, dyrektora i głównego reżysera – Emiliana Kamińskiego. Zmarł w grudniu 2022 r. Ostatnia reżyserowana przez niego sztuka, farsa „Wariatkowo”, została wystawiona na trzy miesiące przed jego śmiercią. Kamiński miał zawsze zwyczaj witania widzów na schodach. W czasie tamtej premiery pojawił się tylko na chwilę.

 

Do końca utrzymywał w tajemnicy swój prawdziwy stan zdrowia, znała go tylko najbliższa rodzina. Zdążył jeszcze zagrać w „Lokatorce” Michała Otłowskiego (2021), inspirowanej aferą reprywatyzacyjną w Warszawie, gdzie zagrał przewodniczącego ruchu lokatorów. No i niemal do końca był obecny w swoim teatrze. To przecież jego dzieło, jego życie.

 

Zapożyczył się i wyprzedał majątek

Jego żona Justyna Sieńczyłło, masowej widowni znana z serialu „Klan”, gdzie gra Bognę, przyjmuje mnie kawą w miniaturowym saloniku przy teatrze. I opowiada, jak doszło do powstania Kamienicy: – To, co Emilian chciał wyrażać, nie mieściło się w strukturach teatrów państwowych. Coraz częściej sam tworzył monodramy, różnego rodzaju spektakle i formy doceniane przez publiczność – wspomina aktorka. – Pewnego razu poszedł do urzędniczki ratusza Małgorzaty Naimskiej [wiceszefowej Wydziału Kultury za rządów Lecha Kaczyńskiego w Warszawie – red.], bo za ratowanie z pożaru Teatru na Woli, z narażeniem własnego życia, miał dostać przydział na pracownię artystyczną. I słyszy od niej: „Panie Emilianie, po co panu pracownia, pan powinien mieć teatr. Na pana ludzie przychodzą, lubią pana”. Wsiedli w samochód i pojechali oglądać stołeczne pustostany. To był ten moment.

 

Ale też dodaje: – Ziarno zostało zasiane dużo wcześniej, podczas rozmów z jego mistrzami, Aleksandrem Bardinim czy Januszem Warmińskim. Oni mu powtarzali, że powinien mieć swój teatr.

 

Emilian Kamiński jeździ więc z urzędniczką Małgorzatą Naimską po różnych miejscach, ale nic zdaje się do niego nie przemawiać. – W końcu ona rzuca – kontynuuje opowieść Justyna Sieńczyłło – że są jeszcze takie stare magazyny, zalane, zaszczurzone. No ale to chyba nie dla pana…

 

Chwilę później byli przy Alei Solidarności 93. Kamiński zszedł do piwnicy i poczuł, że to jest to miejsce. – Tej nocy wyrysował plany, bo był kiedyś budowlańcem. To w oparciu o te rysunki powstał Teatr Kamienica. Wbrew temu co słyszał z każdej strony, bo wszyscy mu powtarzali: zwariowałeś. To było przecież niezgodne z duchem epoki. Nie budowano wtedy nowych teatrów – kończy opowieść aktorka.

 

Żeby osiągnąć cel, Kamiński biegał po potencjalnych sponsorach, pukał do każdych drzwi. Sam sprzedał mieszkanie i wszystko, co mógł. Zapożyczył się, a wydatki się mnożyły. Kluczem do sukcesu okazała się pięciomilionowa dotacja Unii Europejskiej. – Po prostu wypełnił kupon na loterii. Nikt nie wierzył, że się uda. Wsparcie dostały Zamek Królewski i Zamek Ujazdowski w Warszawie, no i my – komentuje Sieńczyłło.

 

Warto dodać, że pomagała mu w tym grupa entuzjastów, wśród nich również zmarły niedawno prawnik i przyjaciel aktora – Andrzej Leśniewski.

 

Kawalarz, facet z pasją

Czy można się dziwić, że obchody 15-lecia teatru były świętem Kamińskiego? Że wszyscy powtarzali, jak mocno czują jego obecność. Odbyła się przy tej okazji promocja książki „Emilian Kamiński. Reżyser marzeń”. Pracownica teatru Patrycja Pawlik zdążyła z nim przeprowadzić do niej rozmowy, niektóre zresztą nagrano i puszczono podczas uroczystości. Jest tam wszystko: od trudnego dzieciństwa, bo wychowywał się w biedzie i ciężko pracował, po rozliczne anegdoty. Czytamy, jak aktor wędrowaniem po gzymsie Teatru Narodowego zakłócił dyrektorowi Adamowi Hanuszkiewiczowi rozmowę z ministrem kultury. Poznajemy sekrety figli robionych na scenie Narodowego i Ateneum kolegom.

 

Wyłania się z tych opowieści portret kawalarza, złotego chłopca, solisty wyżywającego się w brzdąkaniu na gitarze, ale też człowieka przywiązanego mocno do dawnego etosu artysty. Na dokładkę w stanie wojennym ten „kawalarz” zdążył stworzyć z Ewą Dałkowską, Maciejem Szarym i Andrzejem Piszczatowskim Teatr Domowy, grający po prywatnych mieszkaniach zakazane przez komunistyczne władze teksty. Przyjaźnił się także z księdzem Jerzym Popiełuszką. W roku 2017 protestował samotnie przeciw postponowaniu religii w inscenizacji „Klątwy” w Teatrze Powszechnym. W swojej wykutej ciężką pracą Kamienicy wystawił „Apel katyński”, choć prywatne teatry unikają takich niekomercyjnych przedsięwzięć. Ta pasja w budowaniu czegoś własnego to skądinąd ostatnie kilkadziesiąt stron książki.

 

Zarazem nie był smutasem, kochał komedię, czarował urokiem i poczuciem humoru. Kamienica utwierdziła jego związki z wieloma artystami. W jego szumnych premierach, gdzie modni aktorzy pozowali do zdjęć, była odrobina środowiskowego snobizmu, ale także ten snobizm trzymał teatr przy życiu. W dzień 15. rocznicy jego utworzenia dostaliśmy koncert, śpiewali m.in. Katarzyna Pakosińska, Piotr Gąsowski, Maciej Miecznikowski. Każde z nich uznało za stosowne powiedzieć coś ze sceny o Kamińskim, przywołać anegdotkę, nakreślić swój stosunek do zmarłego dyrektora. – Każdy miał własnego Emiliana – opowiada Sieńczyłło. Magdalena Zawadzka, która grała kiedyś ze zmarłym w Teatrze Ateneum, rzuciła do niej: „Takich imprez już dzisiaj nie ma”.

 

Jednocześnie na przykładzie Kamienicy widać charakterystyczne kłopoty prywatnych teatrów. Długo Kamiński starał się zachować równowagę między repertuarem zabawnym i poważniejszym. Owszem, przekładał czasem błahe angielskie czy francuskie farsy na polskie realia, ale wystawili też „Pamiętnik z powstania warszawskiego” według Mirona Białoszewskiego. Grało w nim 12 aktorów, co na prywatnej scenie jest z powodu kosztów ewenementem. Była „Kolacja na cztery ręce”, klasyczna już dziś sztuka o Janie Sebastianie Bachu i Georgu Friedrichu Haendlu, z kreacjami samego Kamińskiego i jego przyjaciela Olafa Lubaszenki. A filmowa reżyserka Barbara Sass-Zdort wykreowała na małej scenie Kamienicy świat sławnej artystki Wiery Gran, prześladowanej przez okoliczności wojenne i powojenne, zaszczutej i nieszczęśliwej. Tamta sztuka, napisana przez Annę Burzyńską to jednocześnie wielki popis aktorski Justyny Sieńczyłło. Jest grana już od 12 lat i miała swoją wersję telewizyjną.

 

Blaski i cienie prywatnego

Ale z ambitnymi realizacjami nie było łatwo. – „Pamiętnik z powstania warszawskiego” zszedł ze sceny po dwóch latach. Poważniejszego repertuaru nie da się ciągnąć tak długo jak komedii czy fars, chyba że dostaje się dotacje – tłumaczy Sieńczyłło. Sam Kamiński deklarował, że chętnie by grał na prywatnej scenie choćby i sztuki Szekspira, pod warunkiem, że mógłby się ustawiać w kolejce do urzędów po granty na równi z teatrami publicznymi. Takiego systemu jednak nie stworzono. Wsparcia opartego o wymianę świadczeń teatrowi udziela jedynie państwowy Orlen. – Ta współpraca trwa już 10 lat i bardzo ją cenimy – wzdycha dyrektorka, która wciąż ma nadzieję na większe grono mecenasów.

 

Jednocześnie Justyna Sieńczyłło broni lżejszego repertuaru. – Gramy wciąż spektakl „Kobieta, która ugotowała męża”. Tytuł niepoważny, ale sztuka jest tragikomedią, porusza serio kwestie relacji między płciami – przekonuje. Wypada potwierdzić: przy pomocy komedii mówi się tu nieraz bardzo dużo.

 

Oto przykłady: „Wszystko o mężczyznach” chorwackiego dramaturga Miro Gavrana, zjadliwe przypowieści o współczesnej doli facetów, miejscami bardzo niepoprawne politycznie. Albo sceniczny żart, który staje się niemal moralitetem – „Kumulacja, czyli pieniądze to nie wszystko” Flavii Coste. Albo „Zacznijmy jeszcze raz” Aleksandry Wolf, polska sztuka o męskich rozterkach wieku średniego. Czy też „Trzecia młodość Bociana”, gdzie Kamiński występował w roli dramaturga, reżysera i głównego aktora, a w intermezzach przypominał przy gitarze solidarnościową tradycję.

 

Teraz to Justyna Sieńczyłło będzie decydować o repertuarze. Kilka nowych tytułów uzgodniła jeszcze z mężem. – Emilian był do końca świadomy, przegrał walkę z chorobą wyłącznie fizycznie. Odniosłam wrażenie, że podświadomie godził się na odejście, żeby nie być kłopotem. Taki był, odszedł na własnych warunkach – relacjonuje.

 

Czy wahała się przed decyzją, żeby poprowadzić teatr? – Ani chwili. Ja w tym tkwiłam od początku, chociaż kiedy Emilian zabierał się za prace budowlane, byłam w zagrożonej ciąży z Kajetanem, naszym starszym synem. Starałam się nie wysuwać na pierwszy plan, ale jednak współprowadziłam ten teatr. Do jednego mnie Emilian nie dopuszczał: do spraw sądowych. Teraz spadły na mnie.

 

Sieńczyłło zrezygnowała w dużej mierze z samodzielnej kariery aktorskiej, choć występowała czasem w Kamienicy, choćby we wspomnianej „Wierze Gran”. Kamiński uwielbiał na premierach serwować widowni zaimprowizowane homilie. Niekiedy przy nim w takich momentach stawała. Ich nagrane głosy do dziś informują widzów, że zaraz się zacznie przedstawienie. – Każde miało swoje odcinki, nie wchodzili sobie w drogę – zauważa jeden z aktorów.

 

Ciekawy jest przypadek ich syna Kajetana, który zrezygnował ze studiów kryminologicznych, żeby podjąć dzieło ojca w roli menadżera teatru. Podobno jest świetny w czytaniu ksiąg rachunkowych. I teraz to on występuje wraz z matką przed każdą premierą.

 

Justyna Sieńczyłło w ciągu ostatniego półtora roku zdążyła otworzyć sześć premier. Pierwszą była czeska sztuka „Kochanie, zrób mi dziecko” Mirko Stiebera, ciepła opowieść o związku niemłodych już ludzi szukających szczęścia. Ostatnio z kolei Olaf Lubaszenko wyreżyserował inną czeską sztuką „Teściowe wiecznie żywe” Jakuba Zindulki. To przypowiastka rodzinna, młodzi konfrontowani są ze swoimi matkami o przeciwstawnych postawach życiowych. Za to na małej scenie dostaliśmy adaptację powieści „Oskar i pani Róża” Érica-Emmanuela Schmitta o przyjaźni chłopca chorego na raka z pielęgniarką. Śmiech pojawia się na tej scenie na przemian z empatią, jak to w Kamienicy.

 

Najbardziej warszawski w Warszawie

– Na dokładkę Czesi mają swój magiczny mikrokosmos – mówi dyrektorka. Ale zarazem zapowiada promowanie tekstów polskich. Jesienią pojawi się spektakl Wawrzyńca Kostrzewskiego, znakomitego reżysera, który dzięki Kamienicy zasmakował w pisaniu tekstów dramatycznych. Ma to być opowieść o Warszawie, o międzypokoleniowych konfliktach, pełna humoru, a jednak poważna. To kontynuacja ambitniejszego nurtu w działalności Kamienicy. Potem pojawi się kolejna polska sztuka. – Tak jak Emilian chciałabym dojść do Szekspira. Ale czy wystarczy zasobów, nie wiem – mówi dyrektorka.

 

Sieńczyłło chce kontynuować kolejną misję Kamienicy: spektakle dla młodzieży, z pedagogicznym zacięciem i zaproszeniami dla szkół. Były „My, dzieci z dworca ZOO”, o narkomanii i prostytucji młodocianych, „Dopalacze”, także o używkach w świecie młodych i „Wszechmocni w sieci” o uzależnieniu od internetu i o hejcie. Dwa ostatnie przedstawienia zrobił według swojego tekstu Kostrzewski. – To moje marzenie, spektakle dla młodych z udziałem psychoterapeutów, fundacji, społeczników. Pytanie tylko, czy teatr będzie na nie stać – zastanawia się pani dyrektor.

 

Po śmierci męża zabiegała o dotację na uczczenie 15. rocznicy założenia teatru i nie dostała jej ani od resortu Piotra Glińskiego, ani od ekipy Bartłomieja Sienkiewicza. Dało w końcu miasto, 40 procent sumy, i dopiero po odwołaniu.

 

Dodajmy, że jest to jeden z najbardziej „warszawskich” teatrów. W jednej z sal można nawet oglądać makietę Warszawy z roku 1939, sprzed zniszczeń wojennych. Dyrekcja chciałaby zrobić z tego stałą ekspozycję, z udziałem multimediów. Do tego w niektórych inscenizowanych przez Kamińskiego sztukach pojawiały się odtworzone warszawskie realia. Sama Kamienica starała się ogarniać centrum stolicy aktywnością społeczną. Czyli z jednej strony artyści fotografujący się podczas uroczystych premier, ale z drugiej imprezy dla bezdomnych czy patriotyczne spotkania z kombatantami powstania.

 

Justyna Sieńczyłło ma do ratusza jeszcze jedną, kluczową sprawę. – Pytam, czy miasto dotrzyma obietnicy i pozwoli mi wykupić użytkowane przez teatr piwnice.

 

To zaś łączy się z najbardziej ponurym wątkiem historii Kamienicy. Wdowa bowiem nieprzypadkowo mówi o izolowaniu jej przez męża od rozpraw sądowych.

 

Sądowe męki

Tych piwnic nikt wcześniej nie chciał. Dopiero kiedy Kamiński urządził w nich swój teatr, próbowano je przejąć. W następstwie umowy zawartej w roku 2014 między zarządem Wspólnoty Mieszkaniowej Al. Solidarności 93 (tak naprawdę dwoma jej członkami) a prywatną firmą, strych budynku został sprzedany tej spółce. Wkrótce też spróbowano Kamienicę eksmitować z kamienicy. Nabywca uzyskał nawet zgodę konserwatora zabytków na zamurowanie środka piwnicy, co groziło paraliżem teatru. Oponnentem Kamińskiego we Wspólnocie Mieszkaniowej stały się spółki-córki tamtej firmy, które utrzymywały przewagę we Wspólnocie Mieszkaniowej nad teatrem. Otrzymały one oryginalne nazwy, bowiem gdy przetłumaczyć je z języka chorwackiego, azerskiego czy nawet suahili, to okaże się, że znaczą: „Nienawidzić”, „Aktor”, „Teatr”, „Zniszczyć”, „Zemsta”, „Odwet”, „Pokonać”.

 

Miasto, które jest głównym współwłaścicielem budynku i które wpuściło do niego sztukę, wynajmując piwnice aktorowi, stanęło po stronie teatru. Tyle że do dziś trwają postępowania sądowe, karne i cywilne. Wniosek miasta w sprawie działania na niekorzyść Wspólnoty Mieszkaniowej został złożony w roku 2014, ale prokuratura podjęła działania w tej sprawie dopiero po siedmiu latach. Aktor rozpoczęcia procesu nie dożył. Dlaczego trwa to tak długo? Bo zmienił się prokurator, bo papiery wywieziono z Warszawy dla dokonania ekspertyz. Bo… Ot rzeczywistość polskiego wymiaru sprawiedliwości.

 

Choć w styczniu 2024 r. pojawił się reportaż w TVN stający po stronie teatru, to w wypowiedziach obecnej dyrektorki optymizm miesza się ze złymi przeczuciami. – Gdzie nie pojadę, słyszę pytania, co z Kamienicą? To nie jest sprawa reprywatyzacyjna, budynek należał przed wojną do miasta, a kiedy my do niego wchodziliśmy, miasto miało większość udziałów w nim.

 

Jak ona sama opisuje ten spór? – To walka o bezpieczeństwo całej kamienicy, nie tylko teatru. Spółka kupiła ponad 1000 metrów ale Wspólnota Mieszkaniowa dostała zero złotych. Miała być robiona nadbudowa kamienicy, czyli kolejne 1000 metrów powierzchni, ale to miejsce jest zabytkiem i konstrukcja budynku niekoniecznie by to wytrzymała. Teraz wiele zależy od miasta.

 

Justyna Sieńczyłło zapewnia, że Kamienica nie będzie się zajmować polityką, bo „chce łączyć w swoim teatrze, a nie dzielić Polaków”. To jednak skazuje teatr na polityczną samotność. Prokuratury i sądy nie śpieszyły się z rozstrzygnięciami za poprzedniej władzy. Nie śpieszą się i za obecnej.

 

W tygodniu, w którym rozmawialiśmy, odbyły się aż dwie rozprawy w różnych postępowaniach. Pierwszą z nich, w przedmiocie nieważności umowy sprzedaży strychu, odroczono po raz kolejny, m.in. z powodu choroby adwokata. Druga sprawa to proces karny przeciwko byłemu członkowi zarządu Wspólnoty i przeciw właścicielowi spółki o niegospodarność przy sprzedaży strychu. Ona też nie zakończyła się budująco. – Sędzia przez wiele godzin przesłu-chiwał biegłego – relacjonuje Sieńczyłło. – A pod koniec przesłuchania powiedział, że zgadza się z jednym z obrońców, że dowód z przesłuchania jest niepotrzebny i dziwi się, że prokuratura go zgłosiła. Uprzedził, że rozważa zmianę kwalifikacji czynów, w związku z czym musi przekazać sprawę sądowi okręgowemu. Zastanawiam się, dlaczego nie doszedł do tego wniosku trzy lata temu, gdy zaczynał ją prowadzić. Po przekazaniu sprawy innemu sądowi, wszystko zacznie się od początku i może potrwać kolejne lata – opisuje.

 

W teatrze jak w domu

Jakąś nadzieją jest wsparcie środowiska, którego Sieńczyłło doświadczyła, choćby zbierając podpisy pod kolejną petycją broniącą teatru. Wokół Kamienicy, niemającej stałego zespołu, grupują się ciekawi i lojalni ludzie. Na tej scenie wyżywali się Sławomir Orzechowski, Izabela Dąbrowska, Maria Dębska, Wojciech Solarz, Arkadiusz Janiczek, Olaf Lubaszenko, Tomasz Sapryk i Jerzy Bończak – trzej ostatni także w roli reżyserów. Kiedy Maria Pakulnis, aktorka znana z repertuaru dramatycznego, zagrała ostatnio brawurowo sprzątaczkę w komedii „Żona potrzebna od zaraz” Edwarda Taylora, widzowie byli zdumieni i w pierwszej chwili nie mogli jej poznać, tak bardzo była inna niż zawsze.

 

Łukasz Matecki grał przy Alei Solidarności w „Don Kichocie z Kamienicy”. Emilian Kamiński połączył w tym spektaklu sławny musical z własnymi doświadczeniami walki o teatr. Do dziś ten aktor występuje w „Tytusie, Romku i A’tomku, czyli jak zostać artystą”, spektaklu dla dzieci. – Atmosfera Kamienicy była i jest rodzinna, Emilian traktował aktorów odruchowo jak serdeczny papa. Justyna jest bardziej siostrą, ale też z własnym autorytetem – opowiada Matecki.

 

Dla Kamińskiego był to drugi dom, bywało, że przed premierami nocował wśród dekoracji. W książce Patrycji Pawlik opowiadał, jak w okresie świątecznym zamykał się w teatrze i medytował. Rozmawiał wtedy z nieżyjącymi mistrzami: Aleksandrem Bardinim, Januszem Warmińskim, Adamem Hanuszkiewiczem, Helmutem Kajzarem. Kogo będzie się radziła Justyna Sieńczyłło? Powinniśmy pomóc jej wszyscy.

 

Tytuł oryginalny
Piotr Zaremba: Kamienica w opałach

 

Autor:
Piotr Zaremba

 

https://e-teatr.pl/kamienica-w-opalach-48337


#teatr