Ja bym wyszedł

Ja bym wyszedł – O żenująco słabym przedstawieniu „Komedia. Wujaszek Wania”  w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu.

“Sosnowiecki spektakl grany jest bez przerwy. Może powodem jest strach przed wyjściem widzów w połowie spektaklu? Szkoda, jestem pewien, że pustawa widownia byłaby „komediowym” zaskoczeniem dla twórców tej radosnej wersji dramatu Czechowa. Ja bym wyszedł.”

 

 

 

Ja bym wyszedł

 

 

 

 

Ja bym wyszedł

widz_trebicki(nie)poleca: 
„Komedia. Wujaszek Wania” w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Sosnowcu na 42. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Robert Trębicki w Teatrze dla Wszystkich.

 

Czy rzeczywiście wystarczy wziąć na warsztat znany tekst z literatury światowej, mocno już teatralnie ograny, smutny w swoim wyrazie, i ogłosić przedtytułem, że robimy z tego komedię? Tak właśnie zrobił Teatr Zagłębia w Sosnowcu z „Wujaszkiem Wanią” Czechowa. Wyszło mu to nie najlepiej, albowiem interpretacyjne zmiany w dużej mierze nie wychodzą poza pomysły mało oryginalne, by nie rzec żenujące.

 

Na początku spektaklu zauważyłem, że niemal po każdej kwestii aktorzy wybuchali śmiechem, lub tylko dziwnie uśmiechali się, co było zabawne może przez pierwsze dziesięć minut przedstawienia, ale ponad dwie godziny takiej „gry aktorskiej” to gruba przesada. Wiele rzeczy w tej inscenizacji wyraźnie drażni. Mało mnie bawiły przyklejone filiżanki do tacy podczas propozycji wypicia herbaty, czy ogrywanie drzwi, które były centralnym elementem scenograficznym, jako że trudno było znaleźć jakąś konsekwencję w tym, jak aktorzy to ogniwo dekoracji w przestrzeni sceny wykorzystywali. Mało też zabawny wydał mi się PRL-owski żyrandol z doczepionym różowym misiem, który przez dużą część spektaklu „robił” za główne oświetlenie, sernik z różowej gąbki, konsumowany przez kilka postaci i ciągle obecny na scenie, czy piosenka disco polo „Świat nie wierzy łzom” w mało zresztą „komediowym” wykonaniu. Czy tak ma wyglądać nowoczesny teatr komediowy?

 

Wujaszek Wania (Tomasz Muszyński) to w tej mało udanej inscenizacji dość dziwny typ w złotym szlafroku, w skarpetach do kolan i klapkach, z namalowaną flamastrem fryzurą, niestety bez reklamówki z Biedronki. I choć powinien z racji tytułowej być postacią wiodąca, widzimy go na scenie dość rzadko, a ważna scena ze strzelaniną swoją galopadą przypomina bardziej przedszkolny żart.

 

Tomasz Kocuj wciela się w postać profesora Sieriebriakowa, choć ze swymi bliskimi rozmawia jakby z ludźmi będącymi niespełna rozumu – wybrzmiewa to dość sztuczne, a nawet niesmacznie. Nie wspomnę już o takich drobiazgach jak niedopasowana broda czy krzywe okulary, które zapewne też miały uwypuklić rys komediowy dramatu. Ilja Tielegin (Paweł Charyton) to kolejny bohater, którego postępowanie w tym spektaklu trudno w jakikolwiek sposób zrozumieć, a jego przyklejony do twarzy błazeński uśmiech i „komediowe” przerysowanie wyłącznie denerwują.

 

Jedną z najważniejszych postaci dramatu Czechowa jest Sonia. Tu mała dygresja, choć nie bez powodu. Muszę przyznać, że z wielką przyjemnością oglądam program telewizyjny „Rolnicy. Podlasie”, w którym moją ulubioną parą zarządzającą gospodarstwem jest Monika i Tomek z Pokaniewa, ludzie pracowici, pomocni i pełni radości. Pani Monika, jako żona, matka i dobra sąsiadka, jest przekochana, zawsze uśmiechnięta, pełna miłości do męża i dzieci. Opowiada o codziennych trudach z charakterystyczną chrypką i wielką czułością. Trudno jej nie lubić. I zupełnie nie wiem dlaczego, patrząc na grę Joanny Połeć, nasunęło mi się właśnie takie skojarzenie. Chyba odnalazłem panią Monikę, rolniczkę z Pokaniewa, na scenie Teatru Dramatycznego. Może właśnie dzięki owej niesfornej czułości i bezgranicznej miłości?

 

Tylko nie wiem po co było dokładać aktorce dodatkowe kilogramy? Przecież i je można kochać. Czy to też miało być zabawne i podkreślać ową zawartą w tytule komediowość? O pozostałych rolach kobiecych – co stwierdzam z przykrością – raczej nie ma co wspominać. Podobnie jest z postacią Astrowa (Aleksander Blitek), którego jednak zapamiętam…. dzięki godnej podziwu scenie, w której jednym przechyłem wypija butelkę alkoholu.

 

Jest jeszcze kura, tak… kura. Jedna z aktorek chodzi w przebraniu tejże, gra na keybordzie, rozdaje muffinki i gryzie słonecznika, ale nie zrozumiałem jaki był sens i cel wprowadzenia tej postaci. Może Czechow, gdyby wstał z grobu, potrafiłby mi to wytłumaczyć, bo intencji reżysera jakoś nie pojąłem.

 

Sosnowiecki spektakl grany jest bez przerwy. Może powodem jest strach przed wyjściem widzów w połowie spektaklu? Szkoda, jestem pewien, że pustawa widownia byłaby „komediowym” zaskoczeniem dla twórców tej radosnej wersji dramatu Czechowa. Ja bym wyszedł.

 

https://e-teatr.pl/widz_trebickiniepoleca-komedia-wujaszek-wania-26038


#TeatrZagłębia