Czechow spłycony w Sosnowcu

Czechow spłycony w Sosnowcu – Czechow całkowicie zmasakrowany i spłycony przez Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu.

Wszystko jest oczywiste, uproszczone, przewidywalne, spłycone. Dla łatwego zrozumienia, przeżycia, uhahania. Ten Czechow w Sosnowcu jest zaiste prawdziwym antyteatrem, który na deski sceny powinien mieć zakaz wstępu.

 

 

 

Czechow spłycony w Sosnowcu

 

 

 

 

Czechow spłycony w Sosnowcu

Okiem widza: Komedia. Wujaszek Wania, Anton Czechow

„Komedia. Wujaszek Wania” w reż.  Jędrzeja Piaskowskiego z Teatru Zagłębia w Sosonowcu. na 42. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem widza.

 

To Czechow z innej bajki. Słowo KOMEDIA, usytuowane na początku tytułu, do czegoś zobowiązuje i twórcy spektaklu się z tego metodycznie wywiązują. Ale nie bez konsekwencji. Nie bez strat.

 

Humor, dowcip, piosenka disco polo, kolorowe baloniki, różowa imprezowa peruka, sztuczne kwiaty, mocna charakteryzacja i kostium kojarzący się ze strojem klauna, gra aktorska na pograniczu pastiszu, groteski, zabawy konwencją, wywołują śmiech, ocieplają wizerunek bohaterów, usprawiedliwiają ich psychologiczny portret ale jednocześnie go spłycają, upraszczają, pozbawiają wieloznaczności, egzystencjalnej tajemnicy, głębi.

 

Wszystko jest oczywiste, uproszczone, przewidywalne. Dla łatwego zrozumienia, przeżycia, uhahania.

 

Poruszamy się po powierzchni, ignorując bardziej złożone analizy. Gruba kreska charakterystyk postaci wzmacnia nieznośną lekkość bagatelizowania sytuacji życiowych, realnych problemów, klęsk, emocjonalnych porażek.

 

W efekcie wszystko, co najważniejsze a więc prawdziwy obraz  społeczności w kryzysie, zamazany intensywnymi kolorami karykaturalnej gry aktorskiej, oprawy plastycznej, blaknie, ginie. Obśmiany, staje się nieważny.

 

A przecież scenografia celnie podkreśla całkowity rozkład. Właściwie dom przestał istnieć. Nie ma ścian, sufitów, okien-przestrzeni ważnej dla życia rodziny. To, co jest przyczyną kłótni /majątek, dom/ już nie istnieje. Tylko przesuwane 3xdrzwi zbite w trójkąt stanowią przestrzeń intymną, skrywaną, wstydliwą. Ale do bólu umowną. Przez nie przetaczają się bohaterowie, w ich obrębie przycupnięci, ukryci zwierzają się, dzielą się swoimi tajemnicami/Sonia mówi o swej miłości do doktora, gdy ten pochłania żarłocznie suchą bułkę, Sonia z Heleną piją bruderszaft, zbliżają się do siebie/, przeżywają swoje smutki. Te poruszające się, często centralnie usytuowane drzwi-przejścia są wspaniałym pomysłem łączącym bohaterów. Tylko tyle zostało z domu, kapsuła czasu z samymi wyjściami awaryjnymi służącymi do ucieczki w nieograniczoną niczym przestrzeń wolności. Kilka mobilnych kolorowych ławek z poduszkami, samotny żyrandol z różowym misiem, nieśmiertelny samowar, teatralne rekwizyty/sztuczny, różowy tort, filiżanki przyklejone do tacy, czego się nie ukrywa, narysowana na papierze karafka z wódką, kieliszki/,  podkreślają umowność, pozory  prawdy, życia i to, że członkowie rodziny, jej znajomi są życiowymi rozbitkami, wydaje się, bezdomnymi biedakami, bankrutami życiowymi. Marną imitacją bohaterów ze sztuk Czechowa. To nieudacznicy, którym nie współczujemy, to ofiary losu, których upadkiem się nie przejmujemy, to nieszczęśnicy, których nie polubimy. I nie chcemy widzieć w nich siebie.

 

Ta komedia nie ociepla wizerunku a dystansuje, nie śmieszy.

 

Wujaszek Wania/Tomasz Muszyński/ wygląda jak jedno wielkie nieszczęście/białe skarpetki, sandały, spodnie mocno zielone pod pachy, kolorowy szlafrok, włosy przetłuszczone, twarz przemęczona, zwiędła/. Budzi litość. Doktor Astrov/Aleksander Blitek/ już nie młody, ale też nie stary, niestety sterany znojem codzienności, własnych słabości i niemocy, pozostaje do końca bez nadziei, radości i chęci do zmian. Pije. Nawet jego zaangażowanie w sadzenie lasu, zainteresowanie ekologią, troska o ludzkość jest mało wiarygodna, fasadowa. Profesor Sriebriakow/Przemysław Kania/ stetryczały hipochondryk terroryzuje wszystkich, potrafi tylko nękać żonę, wzbudzać litość, odciąga uwagę od swoje bezużyteczności. Oprócz matki/Maria Bieńkowska/, siostry/Joanna Połeć/ i młodej żony/Mirosława Żak/, które nie mają w ogóle nic do powiedzenia, nikt go nie szanuje, nie ceni. Pasożytuje. Robi dużo hałasu wokół własnej osoby. Matka zachowuje się jak upiór, z innego porządku, z innej imprezy. Tylko niania/Ryszarda Bielicka-Celińska krząta się, robi na drutach/ i Sonia nosi kalosze, sprzęty do pracy na roli/ są normalne. Pracują cały czas. Myślą zdroworozsądkowo.

 

Ciekawe, że nikt tu naprawdę nie kocha nikogo, choć każdy o tym marzy. Ciągle umierający, słaby Profesor nie kocha żony, ona, wycofana, zimna, obojętna, zadowala się jego obecnością. Doktor kocha deklaratywnie, bo interesuje go wyłącznie kontemplacja piękna. Nie pragnie Heleny lecz jej urody, młodości, świeżości. Wujaszkowi też wydaje się, ze kocha Helenę ale on tęskni za utraconą młodością, za życiem, z którym kompletnie nic nie zrobił. Helena już w przeszłości mogła być jego. Sonia, jak twierdzi sama, brzydka choć dobra, pracowita, kocha doktora lecz platonicznie, bo on jest poza jej zasięgiem. Naiwna, infantylna, dziecięca, nijaka cierpi w samotności.

 

Wszystkie emocje, uczucia, działania są pozbawione energii. Profesor po całych nocach markuje pracę naukową. Jest starym dzieckiem. Jego młoda żona próżnuje, nie widzi sensu w robieniu czegokolwiek. Jak mąż nie ma już w sobie życia. Reszta towarzystwa przy nich gnuśnieje. Słabnie. Popada w depresję. Może oprócz pełnokrwistej, wiarygodnej, jak z obrazka klasycznej Niani. Sonia jest naiwną, głupiutką gąską. Wujaszek Wania, mimo kolorowej powierzchowności, pozostaje bezbarwny. Nie można o nim myśleć ze współczuciem, szacunkiem. Doktora pomysł na ratowanie siebie, ludzi i świata jest tylko pozą. Pragnie piękna. Wyłącznie udaje, że chce czegoś dokonać, że żyje. Atmosfera nie gęstnieje od grozy, przygnębienia i beznadziei, bo jest rozbrajana gagami, żartami, wesołymi opowieściami, humorystycznie  użytymi teatralnymi rekwizytami, obecnością gadającej wielkiej kury/Beata Deutschman/. Niepokój płynie podskórnym nurtem, ale kontrolowany jest przez dowcip, neutralizowany przez śmiech. Tylko samowar, stojący na scenie, wygląda poważnie.

 

Na koniec wszystko wraca do starego porządku i wydaje się, że taki obrót sprawy bohaterów zadawala. I ożywia, i uspokaja. Znieczula. Nic się nie zmieni, nie wydarzy. Przebłyski świadomości własnej kondycji zostały na powrót zgaszone. Mozół życia, praca, jak niezaspokojony wampir, będzie wysysała z nich  radość życia po kres. A nadzieja na nagrodę- szczęście i odpoczynek- możliwa będzie dopiero w życiu po niby życiu. Jeśli wystarczy wiary. Kiepskie to pocieszenie. Marny powód do śmiechu.

 

Jędrzej Piaskowski z pomocą dramaturga Huberta Sulimy reżyseruje na wesoło. Scenografia/Anna Met/, która dekonstruuje i kostiumy/też Anna Met/, które obnażają groteskowość sytuacji, postaci bardzo pomagają w zilustrowaniu bohaterów żałosnych, słabych, skazanych tylko na siebie. Bez cienia szans na lepsze, znośniejsze życie. Monotonna, przygaszona muzyka Jacka Sotomskiego pogłębia uczucie beznadziei. Pomysł był dobry, tylko środki nie sprostały wytyczonemu celowi. Bo to nie jest ten rodzaj poczucia humoru, który rozczula, pomaga zrozumieć zły los bohaterów, patrzeć na ich niedolę ze współczuciem, zrozumieniem, z przymrużeniem oka. Nie jest nam żal bohaterów, śmiechem zagłuszamy zażenowanie, czujemy litość, bo myślimy że sami sobie są winni, że na swoją marną egzystencję ciężko zapracowali swoimi wyborami, zgodą na poddanie się losowi. Bo tacy po prostu są.

 

Zwraca uwagę w tej reżyserii umiejętność rozsadzenia, unieważnienie zarówno przestrzeni, w której poruszają się bohaterowie, jak i konsekwentna dekonstrukcja charakterystyk postaci. Rezygnacja z rodzajowości obrazu, zrzucenie kolejnych warstw interpretacyjnych, do których przez przeszłe inscenizacje byliśmy przyzwyczajani, pokazuje całkowitą mizerię egzystencjonalną, niewydolność intelektualną, śmierć emocjonalną człowieka. Tym samym Piaskowski stawia przed nami społeczność, rodzinę, jednostkę całkowicie bezsilną nie tylko wobec własnych problemów ale i wyzwań teraźniejszych i przyszłych świata. Król jest nagi. Z materią w takim stanie psycho-fizycznym,  nieświadomą swego rzeczywistego położenia, kompletnie nie radzącą sobie z czymkolwiek, na pewno żaden problem nie zostanie rozwiązany. W tym kontekście wyobrażenie, że praca, praca, syzyfowa praca pozwoli ludziom przetrwać a spełnienie nastąpi dopiero w przyszłym życiu rzeczywiście może wydać się śmieszne.

 

Mnie nie jest do śmiechu.

 

Komedia. Wujaszek Wania  Anton Czechow

 

reżyseria: Jędrzej Piaskowski
dramaturgia i opracowanie tekstu: Hubert Sulima
scenografia i kostiumy: Anna Met
muzyka: Jacek Sotomski
światła: Monika Stolarska

 

obsada: Maria Bieńkowska, Ryszarda Bielicka-Celińska, Beata Deutschman, Joanna Połeć, Mirosława Żak, Aleksander Blitek, Kamil Bochniak, Przemysław Kania, Tomasz Kocuj, Tomasz Muszyński

 

https://e-teatr.pl/okiem-widza-komedia-wujaszek-wania-26360