Cyrk polskiego teatru

Cyrk polskiego teatru – W polskim teatrze nie tylko rządzi przemoc, ale co chyba ważniejsze, kompletny pustostan umysłowy reżyserów i dramaturgów.

Kiedy wybuchła bomba z Lupą w Genewie i pojawiły się pierwsze medialne komentarze opisujące ten cyrk. Odezwało się do mnie sporo ludzi z branży teatralnej i mówili, że mają teraz nadzieję na podjęcie przez media szerszej dyskusji na temat ogólnej patologii, która toczy polski teatr.

 

Ja sam szczerze wątpiłem w taki przebieg sprawy i raczej oczekuję, że cała sprawa bardzo szybko przygaśnie i zostanie zamieciona pod dywan.

 

Dlaczego?

 

Ano dlatego, że większość mainstreamowych reżyserów wywodzi się lub stosuje różne odmiany metody Lupy, ale co gorsza nie ma nic do powiedzenia oprócz pustych sloganów w zdekonstruowanych dramatach. Metoda ta polega nie tylko na przemocowym traktowaniu zespołu, ale przede wszystkim na postawieniu świecy dymnej w postaci spektaklu bez czytelnej historii, bez ładu i składu. Po prostu robią oni puste kolorowe wydmuszki, które później są wypełniane treścią, przez zaprzyjaźnionych, skorumpowanych pseudorecenzetów, którzy wymądrzają się i dorabiają treść do tych całkowicie pustych przedstawień.

 

Tak wygląda dziś mainstreamowy teatr w Polsce i jeżeli w mediach podjęliby się szerszej dyskusji na temat tego cyrku Lupy, bardzo szybko wyszłoby, że muszą przy okazji pogrążyć w niebycie większość tak zwanych topowych reżyserów w Polsce, bo stosują oni te same metody, co Lupa i nie mają absolutnie nic sensownego so powiedzenia.

 

Dlatego ci pisarczycy wolą zajmować się małym wycinkiem tego syndromu i w kółko omawiają casus Lupy w Genewie. I moim zdaniem tak już pozostanie, bo odważnych, którzy wyłamaliby się spod jarzma Mafii Teatralnej, która dyktuje co, o kim i jak pisać, po prostu brakuje.

 

Właśnie z tego powodu tak bardzo ucieszył mnie wpis Jacka Suta, który widzi sprawę w szerszej perspektywie. Bardzo polecam wam ten artykuł!

 

 

 

Cyrk polskiego teatru

 

 

 

 

Cyrk polskiego teatru

TEATR MÓJ WIDZĘ KONCENTRACYJNY

Streszczanie, czy opisywanie z kolejnej perspektywy konfliktu z udziałem Krystiana Lupy nie ma sensu. Sporo już tekstów powstało i sporo powstanie. Chciałbym spróbować wyłuskać spośród dziesiątków postaw, poglądów i wypowiedzi coś, co nazwałbym grzechem pierworodnym współczesnego, ale i tzw. „tradycyjnego” polskiego (?) teatru. Grzechem, który zagnieździł się w nim dawno i o ile przed wieloma dekadami był do zniesienia, a o „przemocy” nikt nie ośmieliłby się pisnąć, to na początku lat 2000, wraz z nowym stuleciem rozlał się na teatr jak syf z garażowej umywalki, tłusty, lepki i miejscami nie do usunięcia.

 

Pieprzyć przemoc. Serio. Są ważniejsze sprawy. Widziałem przedstawienia Krystiana Lupy. Były genialne. Ale uważam, że mówienie o „jego” przedstawieniach jest przynajmniej kontrowersyjne. Widziałem też niedźwiedzie, które tańczą i lwy skaczące przez obręcze. I ich treserów.

 

Zresztą nie wiem. Może się nie znam.
Może tylko nie znoszę tych zdolniejszych, utytułowanych i bogatszych.

 

Rzadko bywam w teatrze, to fakt. Proces odchodzenia następował wpierw niezauważalnie, aż do odrzucenia. Niemalże w całości.

 

Owszem, zdarzały mi się teatralne wzruszenia (jak choćby „Udręka życia” w Narodowym, czy niedawno „Słabi” w łódzkim Jaraczu), ale w większości teatru naszego nie znoszę. Za głupi go uważam i bezczelny. A reżyserskie popisy za spektakle pychy.

 

Mnie uczono, że jeśli bierzesz tekst, to dlatego, że ufasz jego autorowi. Jeśli mu ufasz, to czytasz ten tekst, by go po swojemu zrozumieć, albo drążyć jego tajemnice, o których wiesz (skoro ufasz), że są w nim zaszyte na pewno. Nawet, jak ich nie odkrywasz do końca, to nadal szanujesz autora i tekst. Potem wychodzisz do ludzi ze spektaklem, którym chcesz coś POWIEDZIEĆ, a więc zaplanowałeś to, podjąłeś trud tłumaczenia na język sceny czegoś, co być może jest nieprzetłumaczalne, ale Ty swoim wysiłkiem i szczerością pracujesz na to, żeby Tobie na końcu zaufał widz. Drżysz ze strachu, że pozostaniesz niezrozumiany i niedoceniony, bo przecież w jakiś sposób i z zasady pokazujesz coś, co jest nieskończone. W umyśłe widza następuje dopiero finał. Wtedy i on może drążyć będzie tajemnicę, o której wie (bo ufa), że ona w przedstawieniu żyje. Ta myśl Marlowe’a znajduje wtedy piękne uzasadnienie: “Myślicie, że oglądacie dramat lub tragedię? Nie, ci biedacy nie wiedzą, co czynią, to w waszych głowach historia się rozstrzyga ostatecznie”. No właśnie! Historia. To jest ten element, który “twórcy” feerycznego bełkotu skrzętnie pomijają. Za to chętnie odwołują się do umysłu widza. Nie można “nie-myśleć”, więc widz sobie zawsze pustkę po tym “przeżyciu” własną myślą, na własną miarę i zgodnie z własną kompetencją wypełni.

 

Bowiem w teatrze spotykamy serię terapii prądem. Reżyserzy nawet już nie kryją tego, że nie przyszli z żadnym zdaniem do wypowiedzenia. Serwują sekwencje, obrazy, kompilacje, autorskie bryki lub reżyserskie wersje. Spektakle są piękne, sceny poruszające, katharsis murowane – jak po elektrowstrząsach lub sporej dawce LSD. I do niedawna sądziłem, że to wspólne postanowienie jedynie tych “twórców”. Że pragną oni taką jajecznicę z mózgu i uczuć widzom zrobić, tak im zniszczyć ścieżki myślenia i wyobraźni, rozbić ostatnie tabu, wymiędlić genitalia i na koniec puścić gazy, aż wymiotą im z czaszek wszystko, co do tej pory życie tam naniosło. Każdy kanon, tabu, wartość czy choćby estetyczny nawyk.

 

Teraz widzę, że to rozszerzony syndrom sztokholmski, podsypany lenistwem. Te spektakle są jak trendy na tiktoku, czy inne rolki. Wciąż, nieprzerwanie atrakcyjne. Ich zadaniem jest ciągłe utrzymanie uwagi, mikro- i makro-wyrzuty endorfin, jak przy przewijaniu fejsbuka. W tym sensie teatr wyprzedził media społecznościowe. Pamiętam przecież „Elektrę” z Danutą Stenką w reżyserii jednego z obecnych guru. Gdy nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, w przedstawieniu na bazie antycznego tekstu nastąpił pokaz mody półnagich mężczyzn. Że niby Helleni kultowali homoseksulaność bez wstydu – bo cha taki to był manifest. Ale pokaz mody?! Wtedy to zauważyłem, ale jeszcze nie rozumiałem. Poczułem, że jeśli jest to jakakolwiek rozmowa to ponad moją głową, ponad głowami widowni, rozmowa z kolegami (i koleżankami), którzy właśnie porazili nas prądem, śląc sobie przy tym hermetyczne znaki.

 

Widz też niechętny już jest wysiłkowi. Nie w mainstreamie. Tu ma być ‚zajebiście”, „wstrząsająco”, „odkrywczo”, „przewrotnie”, „obrazoburczo”, „wykurwiście”, „niesamowicie” itp. itd. Po co czytać cokolwiek ze spektaklu, lepiej niech nas karmią. Zresztą i tak przecież nie ma tam nic do czytania. I obie strony o tym wiedzą. O zgrozo!

 

Pardon! Nie mogę wrzucać wszystkich do jednego wora. Są spektakle i istnieją reżyserzy, którzy chcą coś POWIEDZIEĆ. Głównie jednak o tym, że wszystko, co dotąd się w sztuce (i świecie) wydarzyło było zbrodnią dokonywaną na tożsamości. Mnożą się „inne czytania” tych samych dzieł lub ich kubistyczne kompilacje. I zawsze chodzi o to samo. O przenicowanie kontraktu, jaki w swej naiwności zawarł autor w swoim dziele z czytelnikiem (rężyserem). Nie będę wchodził w szczegóły, bo puszek „z Pandorą” i tak wiele już otwarto. Powiem tylko, że wiodące tematy to głównie seks, płeć, trauma, dzieciństwo, papież i przemoc.

 

I teraz wróćmy do genezy Genewy. Tak samo jak „wiodący” i „wiodące” reżyserki i reżyserzy fundują elektrowstrząsy widowni, tak również wielu z tych wielkich Wielkich razi prądem aktorów na próbach. To nie jest żaden proces twórczy. To zwyczajna walka o przetrwanie. Przetrwanie duchowe i umysłowe, o ocalenie siebie w pożodze chaosu i dezinformacji. Aktor walczy z wielogłowym smokiem, z całych sił i broni się wściekle, by wyjść na scenę i nie umrzeć z przerażenia, że nic nie wie, ani co robi, ani kim tu jest, ani po co. System pracy jest jak fala w wojsku, albo fuksówka. Ja – demiurg – odbiorę ci wszystko, choćby przemocą, a ty – przedmiot, wypełnisz tę pustkę nowym sobą. Widownia ujrzy właśnie ten moment. I to będzie MOJE dzieło.

 

W dupie to mam. Tak powstający teatr. Szczerze. Dla mnie tworzenie teatru, filmu, czy czegokolwiek o tyle jest wartościowe, o ile powstaje wspólnie z innymi. Wtedy odkrywamy siłę prostych gestów, kiedy w nie razem wierzymy. Kiedy jesteśmy bogaci w szczerość, a nie zduszeni przerażeniem.

 

Kto wie? Może podziwiając przedstawienia Lupy tak naprawdę podziwiałem wysublimowany, oszałamiający intelektualnie i emocjonalnie pokaz czegoś, co w plebejskim wymiarze oferuje cyrk? Niedźwiedzie i lwy.

 

Jacek Sut

 

https://www.facebook.com/prossut/posts/pfbid02D2vQhSMX58kpP3CWr8RsLXxkxZy4
mhbXnZAn24MgptwFEiVXZZvFGY18KeVdbUgnl

 

 

 

 

Cyrk (rozrywka)

Cyrk – cyrk to budynek lub namiot z okrągłą areną wewnątrz, na której odbywają się występy artystów cyrkowych.

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/(rozrywka)


#Teatr #TeatrPolski #Lupa #Przemoc #KrystianLupa #Cyrk