Blade Runner na żywo

Blade Runner na żywo – Jak to jest, kiedy świat doskonałego kina wkrada się w naszą rzeczywistość i przeplata się z nią tak, że już nie wiemy, co jest czym.

Genialna miniatura literacka, napisana przez Grażynę Ogrodowską, która od jakiegoś czasu wzbogaca swoim znakomitym piórem łamy mojego bloga. Grażyna w fenomenalny sposób wzięła na tapetę jeden z moich ulubionych filmów, jedną z moich ulubionych scen filmowych i jeden z moich ulubionych dialogów filmowych. Przeczytajcie, jak Blade Runner, Łowca Androidów, wkrada się w deszczową noc w Seulu, ale może najpierw zobaczcie sami scenę, o której mówię:

https://www.youtube.com/watch?v=HU7Ga7qTLDU

 

 

 

Blade Runner

 

 

 

 

Blade Runner na żywo

BLISKIE SPOTKANIE

Autobus musiał mieć podświetlone krzesełko. Na czwartym przystanku trzeba było się przesiąść. Też krzesełko, ale odwrócone. I już hotel dla dziennikarzy. Proste! Ale kiedy tamtego dnia kręciłam się od godziny w kółko, myląc ulice i przystanki, nic proste nie było. W dodatku ludzie pytani o drogę albo ode mnie uciekali, albo kręcili głową. Po koreańsku, mongolsku, chińsku- proszę bardzo. Angielski – nie. Jak to w Seulu.

 

Zapadał już zmierzch. Trochę padało. Na zatłoczonej ulicy kilka osób w przeźroczystych, plastikowych pelerynach. Odbijały światła neonów.

 

Podeszłam do ulicznego straganu, gdzie sprzedawano ryby, a odcięte rybie głowy gotowano w dużym garze. Obok stała klatka z białymi gołębiami.

 

Przecież znam tę scenerię! ” I have seen things, you people, wouldn’t believe. (…) All those moments will be lost in time. Like tears in rain.” (Wszystkie te chwile znikną w czasie, jak łzy w deszczu …) Mówiłam półgłosem.

 

I nagle jakaś dziewczyna obok powiedziała: – To piękne słowa, jakiś wiersz? Twój? – Nie, to monolog umierającego androida z filmu Blade Runner. Zawsze mnie wzrusza. Żal mi go.

 

W jej oczach coś błysnęło. – Żal ci androida? To naprawdę niezwykłe. – Jest bardziej ludzki, niż człowiek…

 

Patrzyła na mnie długą chwilę. Potem powoli sięgnęła do plecaka. Zamarłam. Ale nie, to nie były białe figurki ptaków z papieru, tylko zwykła mapa miasta. Po drodze powiedziała, że pochodzi z Chin. I ma na imię Yiu Tian.

 

Wszystko znormalniało, wskoczyło na swoje miejsce. Kiedy wsiadałam do autobusu, tym razem z właściwym krzesełkiem, ciągle stała na przystanku, nie zwracając uwagi na deszcz. Drzwi już się zamykały, gdy powiedziała: – Yiu Tan mówią na mnie przyjaciele. Ale naprawdę zostałam nazwana Rachel.

 

Patrzyłam przez zaparowane okno. Obraz się rozmazywał i blakł. Nad miastem, z wieżowców, świeciły ogromne hologramy z jakimiś ludźmi. Niektóre do nas mrugały.

 

Grazyna Ogrodowska


#film